Pora na kolejną porcję przyjemnych wiadomości w serii psich postów 🙂 Tym razem chciałabym się z wami podzielić wspomnieniami z naszym pierwszych wspólnych wakacji z radysiakiem. Jednocześnie to był mój pierwszy wyjazd z psem dalej niż 100 km od domu.
Podzielę się z wami moimi spostrzeżeniami, tym jak się przygotowałam do tego wyjazdu oraz jak on wyglądał z perspektywy psa świeżo co wziętego ze schroniska – w końcu Luna jest z nami dopiero od początku lipca.
Przygotowania
Poza kolejnym przeglądem technicznym u weterynarza, wyposażeniem jej w świeżą ochronę przeciwkleszczową i przycięciem pazurów, potrzebowałam jeszcze kilku rzeczy.
Wyjazdowy must have
Przede wszystkim musiałam kupić linkę, ponieważ 3,5 metrowa smycz na chodzenie po górach i lasach to moim zdaniem bezsens. Wybrałam polecaną, 10-metrową Biothane i uważam, że to był strzał w 10. Faktycznie w porównaniu ze zwykłą smyczą dużo mniej się plącze, ciężko o przetarcia dłoni, kiedy pies szarpnie, może wlec się po chaszczach, kamieniach i błocie i nic się z nią nie dzieje. Jest lekka, ma solidny karabińczyk i łatwo się ją zwija. Na chodzenie po mieście jest za długa, ale na bardziej dzikie wyprawy 10/10.
Drugą konieczną pozycją był pas do samochodu. Jechaliśmy w góry dobre 5 godzin, Luna jeździ tylko na tylnej kanapie, więc musiała być odpowiednio zabezpieczona. Nasz pas miał dość dużą regulację, więc pies mógł swobodnie się położyć, przy jednoczesnym braku opcji, żeby spadł czy przeleciał na przód.
To, co już miałam, a też było niezbędne, to poidełko dla psa. Takie typowe z buteleczką przykręcaną do podłużnej miseczki. Moje z Aliexpress jest kiepskie, musi być w pionie albo trzymane w ręce, bo inaczej przecieka, ale tak poza tym, to sama idea jest super. Bardzo polecam na dłuższe, miejskie spacery i dalsze wyprawy.
Suche smaczki w torebce strunowej. Bardzo się przydawały podczas postojów, zwłaszcza kiedy my też chcieliśmy coś przekąsić 😉
Wygodne szelki. Od początku mieliśmy guardy, więc w guardach pojechała. Najmniej krępują ruchy barków, nie naciskają tak na mięśnie jak norwegi i nie obcierają paszek jak Y.
Książeczka zdrowia. Wzięłam na wszelki wypadek, ponieważ jechaliśmy też do Czech, nie wiedziałam czy będzie wymagana czy nie. Poza tym w razie gdyby coś się stało, wolałam ją mieć.
O odpowiedniej ilości karmy, misce, zabawkach i miejsca do spania, myślę że nie muszę pisać 😉
Podróż
Na wakacje
Podróży mocno się obawiałam. Luna nieraz jeździła autem. Z samego Judytowa jechała 70 km i była bardzo cierpliwa. Trochę leżała, trochę siedziała, a trochę ziała, ale tak ogólnie to była mega dzielna. Kiedy trzeba było jechać do weterynarza czy spotkać się z Pepe, sama chętnie wskakiwała do auta, nigdy nie zwymiotowała, ani nic. Jednak najdłuższa jej podróż trwała nieco ponad godzinę, a teraz miała być w samochodzie 5 godzin poprzedzielanych postojami.
W drodze na Dolny Śląsk, średnio po ok. 80 minutach ciągłej jazdy musieliśmy robić postój. Siku, picie, rozruszanie łap. Kiedy zaczynała trącać nosem szybę, popiskiwać i wiercić się na kanapie – robiliśmy przerwę. Cała podróż zajęła nam ok. 6,5 godziny, ale daliśmy radę. I tak była mega dzielna! Prawie całą drogę ją delikatnie głaskałam, żeby się uspokoiła, dzięki czemu sporą część podróży przeleżała w miarę spokojnie.
Z wakacji
Luna chętnie wskoczyła do samochodu. Chyba po tych wszystkich wrażeniach zrozumiała, że nic złego się nie stanie. O dziwo przynajmniej ¾ podróży przespała na tyle mocnym snem, że można było usłyszeć ciche, senne posapywanie. Wracaliśmy wieczorem, więc przez większość czasu było ciemno, co na pewno działało na naszą korzyść. Odpłynęła. Postoje były może 2. I to bardziej dlatego, że byliśmy głodni, a nie dlatego, że ona już potrzebowała przerwy. Dopóki spokojnie spała nie wybudzaliśmy jej niepotrzebnie. Byliśmy z niej na maksa dumni.
Pobyt
Byliśmy w maleńkiej miejscowości, położonej niedaleko granicy z Czechami. Bardzo blisko mieliśmy las, polany, ogród do dyspozycji, duże mieszkanie i maleńkie zagęszczenie ludzi, zwłaszcza w stosunku do Warszawy 😉
Prawdę mówiąc nigdy nie widziałam jej tak zadowolonej. Chodzenie po trawie stało się normą, a wcześniej potrafiła mieć z tym problem (notorycznie sikała na chodnik albo udeptaną ścieżkę, byle tylko nie wejść na trawę), ba! Nawet chodzenie po mokrej trawie nie było już takie straszne. Ogromny sukces.
To, czym mnie miło zaskoczyła to umiejętnością odpoczywania. Jeśli chcieliśmy posiedzieć na ławce – nie było problemu, jeśli chcieliśmy chwilę postać – też okej. Nie buntowała się, tylko leżała, niuchała czy tarzała się w trawie.
Teplickie skały
Luna była ze mną pierwszy raz w Czechach! Naszym celem były skały, więc udaliśmy się do miasteczka Teplice nad Metuji. Jeśli ktoś planuje taki wyjazd z psem, to od razu mówię, że nie ma żadnego problemu. Bilet dla Luny kosztował nas całe 2 złote. Dostaliśmy w pakiecie woreczek na kupę, żeby móc posprzątać i tyle. Na szlaku widziałam chyba tylko jednego psa przez te kilka godzin, ale można i nie ma z tym najmniejszego problemu 🙂
A teraz coś co mnie zszokowało – Luna sama wskoczyła po kamiennych schodach do jaskini i nawet do niej zajrzała! Chciała wejść głębiej, ale było mokro, a ja nie miałam najlepszych butów, więc wolałam nie ryzykować. Naprawdę zadziwiła nas swoją ciekawością i odwagą.
Chodziła fenomenalnie. Jak trzeba było poczekać to czekała, postoje znosiła bardzo dobrze. Co prawda wchodziła ludziom pod nogi i zaczepiała ich do głaskania, ale tak poza tym było super.
Jedyny problem jaki napotkaliśmy to strumyk. Było takie piękne miejsce, gdzie chodziło się ścieżką, wokół której wszędzie były wysokie skały. Bywało dość wąsko, ale to nie sprawiało jej kłopotu. Problem pojawił się wtedy, kiedy trzeba było wejść po drewnianych schodach nad strumykiem. Ogólnie po schodach wchodziła bardzo dzielnie, ale kiedy trzeba było przejść nad “wodospadem” z tego strumyka to totalnie się zblokowała. Przywarła do podłogi i koniec. Strumień wody to było dla niej zbyt wiele. Musieliśmy zawrócić, nie było innej opcji. Wolałam dać jej poczucie bezpieczeństwa i pewność, że może na mnie liczyć niż wciągać ją tam na siłę chociaż trwałoby to maksymalnie kilkanaście sekund. Trudno, jej zdrowie psychiczne jest dla mnie ważniejsze.
Waligóra
Zdecydowanie jestem team morze, w górach nie byłam od wielu, wielu lat. Nie mam za bardzo punktu odniesienia czy żółty szlak na Waligórę był naprawdę ciężki czy nie, ale zrobiłyśmy to. Idzie się dość stromo, cały czas prawie w pionie, po konarach, kamieniach, chwytając się gałęzi. Niby to wejście powinno trwać ok. 15-20 minut.
Luna dawała sobie świetnie radę! Zupełnie jakby jej wewnętrznym zwierzęciem była jakaś koza górska. Pięknie na mnie czekała, kiedy ją o to prosiłam. Miałam wrażenie, że wybierała lepsze trasy, więc dałam jej się prowadzić. No i dotarłyśmy. Nikt się nie zabił, pies zmęczony, my zmęczeni, ale było super. To była dosyć długa wyprawa, po powrocie nażarła się i poszła słodko spać, po 2-3 godzinach zaprowadziła nas do auta. Nie wiem czy chciała wracać w góry czy może do domu 😀
Miasteczko
Jeśli chodzi o pobyt w mieście to było nam ciężko. Bardzo wąskie chodniki, ciągłe wyrywanie do przodu, zaczepiacze, wchodzenie pod nogi. Wychodzenie z nią na spacery poza nocą było conajmnij upierdliwe, chyba że szliśmy do lasu albo na polanę. Zdecydowanie za rzadko korzystaliśmy z tego przywileju. Wbrew pozorom, to było naprawdę blisko.
Przemyślenia
Co o tym wszystkim sądzę? Jestem zachwycona tym, że pies może tak współpracować z człowiekiem na wakacjach. W ogóle nie czułam, że była jakimś ciężarem. Jedynym moim problemem była świadomość, że czasem muszę ją zostawić samą w mieszkaniu. Wtedy było mi ciężko odpocząć, bo miałam wyrzuty sumienia, że nie może nam towarzyszyć.
Wiem też, że wyjazdy do miast będą póki co problematyczne, dlatego nie zamierzam się z nią pchać do Paryża czy Las Vegas 😉
Jest psem idealnym do pieszych wędrówek, nie ociąga się, dużo eksploruje, potrafi odpocząć, poczekać, nie boi się przeszkód.
Na pewno będę zabierać ją na spokojniejsze wyjazdy. Czysta przyjemność podróżować z tak bardzo bezproblemowym psem. Nawet mimo cieczki i konieczności uprzedzania wszystkich psiarzy, żeby pilnowali swoich psów i jej ciągnięcia do dorodnych samców, było bardzo przyzwoicie.
Widzę też jak duży jest jej problem ze strachem przed wodą.
Odnieśliśmy wrażenie, że po powrocie mniej ciągnie na smyczy, jest spokojniejsza w domu, a mokry trawnik coraz mniej obrzydliwy.
Nie mogę się doczekać naszych kolejnych, wspólnych wakacji 🙂



