Dzisiejszy post będzie pisany pod wpływem szoku i niedowierzenia. Być może nie powinnam chwalić dnia przed zachodem słońca, ale ciężko mi się nie cieszyć, więc póki to wszystko jest jeszcze świeże, chcę utrwalić ile pamiętam pisząc.
Będzie długo, więc wymyśliłam sobie, żeby w miarę chronologicznie streścić proces naszego dopsienia. Zapraszam do czytania!
Początki
Nasze początki z pewnością nie były łatwe. W jednej z pierwszych rozmów z fundacją okazało się, że powinnam doszczepić Pepe na wirusówki zanim przyjedzie do nas Luna, ponieważ wśród radysiaków wychodziło coraz więcej pozytywnych testów na parwowirozę i nosówkę. Wiadomo jak to bywa z fundacjami i schroniskami, jeśli chcesz być domem tymczasowym dla konkretnego psa, na którego patrzysz i podświadomie zaczynasz knuć plan, jak zrobić, żeby już z tobą został na wieki wieków, to pojawia się presja czasu, bo zawsze ktoś może cię ubiec. Dlatego chciałam możliwie prędko doszczepić Pepe, ale przecież nie mogło być zbyt kolorowo. Nasz osiedlowy weterynarz coś tam, do drugiego nie ma terminów i w końcu udało nam się zapisać dopiero na następny tydzień, ale i tak trzeba przecież poczekać kolejny, żeby psiak miał szansę nabrać odporności po szczepieniu i tak dalej. Siostra zaproponowała, że weźmie na czas kwarantanny Pepe do siebie, a po tygodniu wróci do nas do domu. Uznałam, że to najlepsze rozwiązanie i chwała jej za to.
Pierwszy wspólny spacer
Tak więc minął tydzień. Psy miały się spotkać najpierw na spacerze zapoznawczo-równoległym.
Pojechaliśmy z Luną po Pepe. Najpierw Adam przywitał się z nim przywitał, potem ja. Kiedy wyszłam, Pepe wyczuł mamę Adama, co dorzuciło kolejne emocje, których i tak było już bardzo dużo. Luna z kolei przejechała chwilę wcześniej 15 km autem z jakby nie patrzeć – obcymi ludźmi. Zobaczyła moją siostrę, z którą byliśmy na spacerze, a potem moją mamę (jeszcze więcej obcych ludzi). Jakby tego było mało, jakiś ujadacz przechodził obok nas, więc Pepe oczywiście nie mógł się powstrzymać i zaczął się wykłócać z tym psem, a chwilę potem podbiega Luna w ogromnych emocjach, żeby się z nim przywitać!
Jak się skończyło ich pierwsze spotkanie? – Chwila wąchania, merdania ogonami i szczek. Luna zaszczekała, bo Pepe na nią naszczekał, a potem on szczekał, bo ona szczekała. Niepotrzebnie staliśmy, mogliśmy od razu zacząć iść równolegle, ale wszyscy chcieli zobaczyć co z tego będzie. Na szczęście bez problemu odpuściły i mogliśmy przejść do normalnego spaceru równoległego. Co jakiś czas na przemian się obwąchiwały, zasikiwały swoje ślady. Później znowu było trochę szczekania i jakoś tak nam zleciało. Nie było źle, ale nie byliśmy też zachwyceni. Wiedzieliśmy, że będzie potrzeba czasu.
Drugi spacer
Tym razem Pepe przyjechał do nas z moim tatą, którego Luna poznała pod koniec ich pierwszego spaceru (czyli nadal był obcy, ale nie aż tak bardzo jak wcześniej). I znowu, tak jak poprzednio, najpierw Adam poszedł się przywitać z Pepe, a potem ja, żeby uniknąć jeszcze większej eskalacji emocji. Chociaż powrót na swoje rewiry i tak były dla niego czymś dużym. Kiedy się zobaczyły, oba merdały ogonami i chętnie do siebie podeszły, żeby się przywitać. Spacer był naprawdę ładny, zero warczenia, szczekania, trochę wąchania i zasikiwania swoich śladów. Po 20 minutach szlajania się po osiedlu i wzorowego zachowania piesków uznaliśmy, że spróbujemy wprowadzić je do mieszkania.
Pośpiech jest złym doradcą
Pod klatką Luna złapała Pepe od tyłu, jak przy kopulacji i prawdopodobnie złapała go za kark zębami, albo przycisnęła do niego pysk. Cisza, nawet nie zawarczał, więc zorientowaliśmy się dopiero po chwili do czego doszło. Próbowałam go wyrwać, ale naprawdę mocno go trzymała. Po tym jak puściła zaczął trząść jej się pysk i stukała nerwowo zębami.
Zamiast rozdzielić psy, czyli Pepe wraca do siostry, a my idziemy z Luną do domu, to je wprowadziliśmy na klatkę. Ja nie wiem gdzie wtedy podział się nasz zdrowy rozsądek. Baliśmy się, że jeśli teraz je rozdzielimy w tak silnych i trudnych emocjach, to potem będzie nam jeszcze trudniej. Jednak to też nie było odpowiednie rozwiązanie.
Luna na klatce strofowała Pepe. Dyszała, cały czas do niego podbiegała, trącała go nosem, kiedy wchodził po schodach. Postanowiliśmy, że na wszelki wypadek zostawimy im smycze. Nie mogliśmy ufać Lunie, która była z nami zaledwie jakieś 10 dni. Nie wiedzieliśmy jaka była jej przeszłość poza tym, że na pewno przeżyła traumę siedząc w Radysach.
Luna poszła na kanapę, bo wtedy chciała spać tylko na niej. Cały czas wpatrywała się w Pepe, wokalizowała, była nabuzowana, kiedy chciał napić się z jej miski to zeskoczyła i podskoczyła do niego, jakby próbowała mu to uniemożliwić. Po dosłownie kilku minutach uznaliśmy, że to dla nich niepotrzebny stres. Tata zabrał Pepe, który w ogóle nie protestował przy wychodzeniu z domu.
To był bardzo ciężki wieczór. My już na maksa do niej przywiązani, a tu coś takiego.
Pomoc i pokora
Odezwałam się do fundacji, dostałam numer telefonu do rekomendowanej przez nich behawiorystki. Umówiliśmy się na spotkanie na zamkniętym placu treningowym bez smyczy. Postanowiłam, że wstrzymam się ze spacerami do tego czasu i poczekam na zalecenia specjalistki. Nie chciałam więcej mącić. Nie czułam się kompetentna, żeby dalej samodzielnie dłubać w ich relacji.
Bardzo się stresowałam tym spotkaniem, nie miałam pojęcia czego się spodziewać, a w głowie roiły mi się czarne scenariusze.
Jak to wyglądało? – Pepe na plac trafił pierwszy. Zdążył się napić, obsikać i obwąchać ile się dało. Znowu było dużo emocji, ale nie byliśmy w stanie lepiej tego rozwiązać. Adam jechał osobnym autem z mamą i Luną, a ja z tatą i Pepe. Była to dość długa podróż, z tego co pamiętam jechaliśmy około godziny.
Pepe przecisnął się przez furtkę do Adama i jego mamy, więc przywitanie psów wyszło przez to chcąc nie chcąc spontanicznie. Spuściłam Lunę ze smyczy i pociłam się z nerwów czy się nie pozabijają. Całe spotkanie trwało 2 godziny. W międzyczasie odbyliśmy spacer przy lesie, Pepe bez smyczy, Luna na długiej lince. Nieustannie próbowała wchodzić Pepe w drogę, popisywała się przed nim, próbowała go sobie “ustawić”, tarzała się i wydawała dziwne dźwięki, nas zaczepiała, wsadzała mu mordę w dół, który kopał i kradła zabawki, szyszki, i tak dalej. Pepe nie był nią zbyt zainteresowany. Traktował ją dosyć pobłażliwie. Krew się nie polała, nie było żadnej prawdziwej spiny, tylko chamskie zagrywki. Przez chwilę były same na drugiej części placu i zupełnie nic się nie stało.
Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że nic złego się nie stało, a z drugiej martwiłam się, że to nie wypali. W końcu nawet dobry specjalista nie jest wróżbitą i nie może mi zapewnić czy psy się ze sobą dogadają. Pepe i Luna mają zupełnie inne osobowości, oba są silne psychicznie i uparte. Ale nie mogliśmy się przecież poddać, więc według zaleceń behawiorystki odbyliśmy kilka wspólnych spacerów, które były naprawdę ok, bez żadnych spin. Potem mieliśmy zaaranżować spotkanie w zamkniętej przestrzeni na neutralnym gruncie.
Na herbatce w gościach
Najpierw Pepe i Luna mieli wspólny długi spacer, a potem poszliśmy z nimi do domu mojej siostry. Na klatce psy się rozdzieliły, Pepe pojechał windą, a Luna poszła schodami. Spotkali się pod wejściem do mieszkania. Po spuszczeniu ich ze smyczy od razu oba poszły się napić. Nie było spiny, każdy dostał w osobnej misce. Ja siedziałam jak na szpilkach i bacznie obserwowałam co się dzieje (tak, wiem, że pies czuje i widzi emocje właściciela, ale nie potrafiłam się wyluzować).
Luna uparcie za nim tuptała, on raczej ją ignorował, czasem podchodził ją powąchać. Dużo ziały, ale ciężko było stwierdzić czy z nerwów czy z upału czy może z tego i tego.
Luna u mojej siostry była drugi raz, Pepe tam przez chwilę mieszkał, więc ciężko było mówić o neutralnym gruncie, ale na tamten moment lepszej opcji nie mieliśmy.
Psy spędziły razem około 2 godzin, podczas których – razem szczekały na jakiegoś psa z balkonu, razem uciekły do przedpokoju, jak walnął piorun, a potem razem leżały na podłodze, gdzie ja miziałam jednego, a siostra drugiego i nie było żadnej spiny! Do tego na końcu spotkania jechały przez chwilę jednym autem i też nie było problemu (Pepe jechał ze mną z przodu, a Luna z tyłu z Adamem). To był prawdziwy sukces.
Wakacje
Razem z Luną wyjechaliśmy w góry. W domu mamy szynszyle, więc moja siostra razem z tatą przyjeżdżali z Pepe do nas do mieszkania, żeby się nimi zająć. Sukcesywnie Pep zostawiał trochę swojego zapachu zarówno w mieszkaniu, jak i na osiedlu.
Cieczka
Niespodziewanie Luna dostała cieczki (wstrzymaliśmy się ze sterylizacją ze względu na początkowe podejrzenie ciąży). Kiedy byliśmy w górach akurat miała najbardziej płodny okres. Ciągnęło ją nawet do kastrowanych samców, więc spacery z nią bywały naprawdę upierdliwe. I nagle przyszło mi do głowy, żeby to wykorzystać. Skoro Pepe zostawił już trochę swojego zapachu, to moglibyśmy spróbować go przywieźć, żeby był w domu, zanim Luna wróci. Nie wiedziałam czy dobrze robimy. Nie pomyślałam, żeby skonsultować tą decyzję z behawiorystką. Pamiętałam tylko jak pytała nas na początku czy jest możliwość zamienić się psami na kilka dni, żeby to Luna przyszła do Pepe, a nie na odwrót.
To był impuls. Musiałam spróbować.
Współlokatorzy
Znowu najpierw Adam i jego mama przywitali się z Pepe, ja po podróży pospacerowałam z Luną, potem przywitałam się z Pepe i weszłyśmy razem z Luną do domu. Od razu odpięłam jej smycz. Psy były mocno zdezorientowane, ale zaczęły się witać i merdać ogonami. Było bardzo dużo podekscytowania i niestety… tańców godowych. Pepe się chyba przypomniało jak to jest być samcem, więc a to on skakał wokół niej i piszczał, a to ona się wypinała. Ciągle go zaczepiała, dyszała, skrobała łapą i piszczała. I wtedy doszliśmy do wniosku, że chyba jednak to był błąd. Luna zaczepiała go nawet, kiedy próbował spać. Musiała zrobić wypad z pokoju na noc, bo nie dalibyśmy rady. Poważnie rozważaliśmy odesłanie Pepe do rodziców albo siostry i przywiezienie go po cieczce.
I tak właśnie się żyło. Luna łaziła wszędzie za Pepe, zaczepiała go, wylizywała mu ucho, on warczał albo kłapał w powietrzu, żeby się odwaliła, ona odchodziła, wracała, robiła to samo i tak w kółko. Z każdym dniem było coraz spokojniej, bo na szczęście kiedy wróciliśmy, Luna miała już samą końcówkę cieczki.
Teraz
A jak jest dzisiaj? – Po paru dniach Pepe sam zainicjował zabawę, w której ganiały się po domu, razem szczekają na psa sąsiada, który wyje, podczas wychodzenia na spacer, razem leżą obok siebie na jednej kanapie czy na łóżku.
Ostatnio Pepe leżał wtulony głową w brzuch Luny, ona iskała mu futerko, a nawet jadły przez kilkadziesiąt sekund z jednej maty węchowej!
Nie wiemy, czy to koniec cieczki magicznie sprawił, że psy zaczęły się lepiej dogadywać czy to, że parę razy zostały same w domu bez naszego nadzoru i rozdzielenia do osobnych pomieszczeń sprawiło, że musiały sobie radzić bez nas i znalazły sposób na dogadanie się. Nie mamy pojęcia. Nawet Pepe nie musi już na nią tyle kłapać czy szczekać, wystarczy subtelne warknięcie i ona to respektuje (o ile nie wylizuje mu natrętnie ucha albo nie nadepcze mu na ogon). Jesteśmy w bardzo pozytywnym szoku. Przez cały ten czas pojawiło się między nimi tylko jedno prawdziwe spięcie – szarpak. Oba chciały bawić się tym samym, więc rzuciły się sobie do gardeł, jednak po chwili Luna poszła się popiszczeć do posłania, a Pepe położył się pod kanapą. Na szczęście ta sytuacja raczej nie rzutuje na ich relację, ponieważ jeszcze na nocnym spacerze razem się bawiły, ganiając się, siłując i podgryzając – klasyczne play fighting ❤
Jestem z nich niesamowicie dumna i czuję ogromną ulgę. Bardzo bym chciała, żeby to wszystko szło już tylko w dobrym kierunku. Na spacerach są super, ona na niego czeka, on specjalnie do niej podbiega, razem niuchają, sikają i obwąchują się.
Postaram się potraktować dzisiejsze sukcesy jako potencjalne asy w rękawie, które będę mogła wyciągnąć podczas ewentualnych potyczek. Chcąc nie chcąc – mogą nam się przytrafiać.

Pingback: Życie z dwoma psami – Kiedy i jak wybrać drugiego psa? – Hau to live?